Kiedy przychodzi właściwy czas, by jakaś idea zaistniała na świecie, Los dla pewności szerokim gestem rozsiewa jej nasiona (te ponadto sprytnie obtoczył w glinie). Tak dla pewności, że choć jedna wzrośnie ta tyle, by zakwitnąć i wydać owoce. W przypadku permakultury skiełkowały one na z pozoru odmiennych gruntach: w salzburskiej prowincji, japońskiej wyspie Shikoku, tanzańskiej dziczy. Od tamtej chwili rozrastają się coraz dalej i coraz mocniej. Co ciekawe, każde z nas nosi tę świadomość w sobie, wbudowaną głęboko w intuicję. Czy podpowiada nam ona, jak działa „kurzy traktor”?
Ale po kolei.
GŁÓWNE POSTACIE
Sepp Holzer – Rolnik Wichrzyciel
Josep z Ramingstein (prowincja Salzburg) za działalność wywrotową tj. nieprzycinanie drzew w sadzie, stawał nie raz pod groźbą aresztowań i wysokich kar pieniężnych (ach, ta Austria…). Niezniechęcony podejmował i podejmuje nadal, nie tylko na rodzinnej, górskiej, 42 hektarowej farmie Krameterhof, próby znalezienia optymalnych, nisko lub nieingerencyjnych rozwiązań, stawiając na naturalne tendencje elementów przyrody do radzenia sobie z każdym zadaniem. Zmysł obserwacji i dostrzegania zależności zaowocował u niego w postaci fig. I kiwi, które uprawia w z sukcesem w chłodnym, górskim klimacie. Sprawił, że stało się to możliwe dzięki wykorzystaniu luster oczek wodnych w roli ogrzewania pasywnego.
Masanobu Fukuoka – Rewolucjonista Źdźbła Słomy
Z wykształcenia mikrobiolog i fitopatolog, złożony poważnym zapaleniem płuc doznał swoistego objawienia. Gdy odzyskał siły wrócił na rodzinne włości, by wdrażać reguły nihilistycznego rolnictwa. Opierają się one na fundamentalnym zagadnieniu, by w pracy z ziemią i roślinami nie podejmować się zbyt wielu zadań. A najlepiej powstrzymać się od czegokolwiek (zgodnie z tą zasadą wchodząc do ogrodu nie pytamy: Co dziś zrobić? Pytamy: Co się stanie, jeśli przestanę robić to albo to np. przestanę walczyć z pokrzywami, nie skoszę trawy w sadzie, nie zgrabię tej jesieni liści). Dla z natury pracowitego Japończyka taka postawa zakrawa o ekstremizm. Na szczęście ma ona poparcie głębokiej filozofii, obserwacji Natury i podążania za Nią, a raczej – nie przeszkadzaniu Jej. W Ogrodzie Łobzów wiele lat temu sięgaliśmy po mądrość Fukuoka, lepiąc Ziołowe Bomby – nasiona roślin obtacza się w gliniastej ziemi. Sianie ich w takiej postaci umożliwia optymalne kiełkowanie nawet na podłożu, które nie było w żaden sposób pod zasiew przygotowane.
Bill Mollison – Ojciec Permakultury
Młynarz, leśnik, traper, łowca rekinów, biogeograf. Jednym słowem prawdziwy Tasmańczyk. Obserwując tryb życia torbaczy zachwycił się bogactwem powiązań lokalnych biocenoz i poczuł pewność, że przy odpowiednim podejściu do tematu, także człowiek jest zdolny do stworzenia idealnych, zrównoważonych systemów bazujących na lokalnym, naturalnym potencjale.
GRUNT TO GRUNT
Na północnym wybrzeżu Peloponez można obecnie nabyć trzy urokliwe działki. Ich znaczną część porastają pomarańczowe drzewka, których gęsty zapach lekko rozmazuje pastelowy, skalisty krajobraz. Wzdłuż dłuższej granicy działki biegnie niemal biała szosa, gdzieniegdzie pozarastana wskutek niezbyt intensywnego użytkowania. Wiedzie prosto na kamienistą, dziką plażę, gdzie czysta morska woda wygląda jak roztopione szkło, rozbijające światło słońca na tęczowe pryzmaty.
Gdy gospodarz mówi, że ta część wyspy nie ma „potencjału turystycznego” w tych słowach nie czai się kropla goryczy. Istnieje bowiem inny, znacznie cenniejszy potencjał, którego nie mierzy się w kapitale. Potencjał tkwi nie tyle w żyznym gruncie i łagodnym klimacie, co w mieszkańcach. Wszyscy kochają to miejsce, chcą je zachować, chcą podejść do każdego tematu mądrze, chcą współpracować, uczyć się i pomagać sobie nawzajem, a także każdemu, kto jest gotów to miejsce pokochać i zrozumieć. W rozmowie o działkach nie padają kwoty. Za to często pada hasło: permakultura.

PEWNIE JAKAŚ NOWA SEKTA…
Co prawda słowa Toby’ego Hemenweya: „Permakultura daje nam narzędzia, by z kultury strachu i niedostatku ruszyć w stronę miłości i urodzaju” faktycznie brzmi odrobinę jak kazanie. Mając na uwadze pierwotne założenia permakultury, że najlepszym rozwiązaniem dla współczesnego świata byłaby znacząca redukcja gatunku ludzkiego też nie zjednywała jej licznego grona fanów (no, może poza kilkoma krajami…).
Trochę kontrowersyjnie brzmią także postulaty naturalnej formy społeczeństwa, w której politycy, administracje i kapłani są nam tak naprawdę zbędni do szczęścia, a nawet zagradzają do niego drogę. Chyba, żeby dać im w dłoń listę 12 zasad permakultury, by głosili je z mównic czy ambon, a zarazem wzięli na barki kwestię ich realizacji.
Tak, polityka zawsze psuje smak cappucino. Na szczęście cytat Mollisona: „Nie masz problemu ze ślimakami, masz po prostu niedobór kaczek” rozwiewa wątpliwości i podejrzenia. Permakultura nie jest zawiłym, chaotycznym, chwilowym trendem. Jest nadzieją (poniekąd jedyną). Ma na celu wszystko uprościć – życie ludziom, a zarazem Naturze życie z ludźmi. Ma pomóc nas na nowo podłączyć, naprawić, poskładać. Będzie bolało?
GLOBALNE PODWÓRKO
Optymizmem napawa Geoff Lawton, mówiąc, że „Możemy wszystkie problemy świata rozwiązać w ogrodzie„. Jak to zrobić? Za radą Mollisona usiądźmy na progu domu i popatrzmy przed siebie. Wszystkie potrzebne nam do szczęścia elementy znajdują się przed naszymi oczami: „Słońce, wiatr, ludzie, budynki, kamienie, morze, ptaki i rośliny dookoła nas. Współpraca z nimi przynosi harmonię (…)”.
Słowem klucz jest właśnie owa obserwacja. Może nie wszystko dostrzeżemy za pierwszym razem, lecz nigdy nie przestawajmy mieć otwartych oczu – także metaforycznie i filozoficznie. Pozwólmy sobie na bierną naukę, zwyczajnie gapiąc się na niebo, owady, nasiąkającą deszczem ziemię w doniczkach. Każde miejsce ma swój potencjał, który bez ludzkiej ingerencji by się z czasem sam zrealizował. Zatem wystarczy po prostu nie przeszkadzać? Tak, dokładnie. A tam, gdzie wzniesiono tamy i barykady dla strumienia życia, warto przysiąść i odnaleźć pierwotny wzór. Taki ogrodowy „mat-fiz”. Przyjemny i łatwy, a w nagrodę dostajemy pomidory.
Według prognoz Mollisona wystarczy 10% ludzi zajmujących się produkcją żywności, by starczyło w sam raz dla każdego. Wystarczy, że przestawimy się z czystej konsumpcji na częściową produkcję – nie tylko jem, ale także uprawiam. Idealnie byłoby, gdyby każdy wykorzystywał potencjał swojego miejsca, by uprawiać jakiś rodzaj żywności, choćby dla samego siebie, rodziny, przyjaciół. Nic nowego. Każdy z nas próbował choć raz mieć w skrzynce na parapecie własne poziomki.
Tendencja jest zaraźliwa, na świecie powstają przecież osiedlowe ogrody użytkowe: sady i warzywniki. Na dachach budynków zakładane są farmy i ule. Np. w Danii wiele restauracji dysponuje i dba o ogród z ziołami i sezonowymi warzywami, nie tylko ze względu na ekologię. Przecież nic nie smakuje tak wspaniale, jak świeżo co zerwane.

KURZY TRAKTOR
Wreszcie ten kurzy traktor. Chodzi o to, że w całej tej bezkrwawej rewolucji (w tle słychać pełne rozczarowania westchnienia Francuzów) żadne z nas nie jest samotne. Zewsząd otacza nas wszelakie wsparcie dla idei. Tylko czeka, by dostrzec potencjał.
Nasza rola polega na tym, by wziąć kurę pod pachę. Zamiast irytować się, że znowu grzebie w różach przy płocie. Zanieść ją na poletko, gdzie chcieliśmy wysiać w tym roku łąkę, ale brakło czasu na przygotowanie podłoża. Nic tak wspaniale nie spulchni i nie zaprawi gruntu pod obsianie kwiatów, jak kura Kunegunda z koleżankami. Małe, kurze traktory. Żadnych oparów oleju napędowego, zgniatania ziemi oponami i ciężarem sprzętu. A w bonusie ziemię wzbogacają o guano (aby się nie rozpierzchły możemy dookoła poletka rozstawić tymczasowe faszynowe płotki – zajęte grzebaniem nawet nie zauważą, ani się nie obrażą).
Owa kura przy płocie jest metaforą wielu elementów antropogenicznych. To wspaniałe, że z naszej inicjatywy mogą znaleźć się tam, gdzie w danym momencie są najbardziej potrzebne, by działać dla ogólnej, szerokopojętej korzyści. Czy nie dotyczy to także nas samych?
