Czym różnią się nasze zeszłoroczne Święta od tych, które z taką czułością i sentymentem przechowujemy w pamięci, niczym rodową zastawę w orzechowej serwantce? Co sprawiało, że tamte dni wciąż wracają do nas, wywołując błogi uśmiech? Korzystając z chłodnej aury za oknem, usiądźmy wygodnie w fotelu pod puchatym kocem w kratę i przejrzyjmy na spokojnie stare albumy. Przypomnijmy sobie, jak to się działo, że Święta stawały się naprawdę świąteczne?
PŁONĄCA CHOINKA
Na zdjęciach mrużąc oczy przyglądamy się lekko krytycznie drzewkom z dawnych lat. Rety, ubrane jak choinka! Pstrokato, chaotycznie, wszystko na tych gałązkach jest: cukierki, bibułki, sopelki. Nawet światy! Światy to takie pastelowe kule z opłatków, do zdobienia i podjadania, prosto z drzewka najsmaczniejsze. Na strychu w pudłach, wciąż czekają na renesans owe stare bańki, trochę wyblaknięte, wzór na niektórych lekko starty. Co roku dokupywano co najmniej jedną. I się nazbierało.
A czego nie kupiono, to zawsze można było dorobić. Przez okres trwania Adwentu całe rodziny w wolnych chwilach pracowały nad własnoręcznie przygotowywanymi ozdobami świątecznymi, posiłkując się książką „Sto zabawek na choinkę„. Na stole i pod stołem pałętały się patyczki, kolorowa bibuła, farbki, brokaty, watki, sreberka, koraliki. Najważniejszy jednak był papierowy łańcuch. Im liczniejsze grono go lepiło, tym większej mocy jednoczenia nabierał – symbolizował przecież rodzinne więzi, wartości i tradycje.
Tradycją wydawało się też, że co roku jakaś bańka się tłukła. Robiąc tym samym miejsce na nową. Czasami owe szczątki starannie zbierano, ucierano na proszek, którego używano w roli brokatu, klejonego do powierzchni papierowych ozdób lub korony jasełkowego króla. W ten sposób bańka zyskiwała drugie życie, nic się nie marnowało. Pocieszano się przy okazji, wspominając, ile to razy choinka i wiszące na niej papierowe lub słomkowe ozdoby zajmowały się żywym ogniem od stoczków – prawdziwych, cienkich świeczek, montowanych na gałązkach. Takie małe pożary stawały się w świątecznym okresie normą, nie wywołując niczego więcej, poza szybką reakcją „domowego strażaka” i wspólnym śmiechem.
NIESPODZIEWANI GOŚCIE
Oczywiście i dziś zawsze jesteśmy gotowi na przybycie niespodziewanego Gościa – na stole znajduje się przecież dla niego tradycyjnie nakrycie. Co by było, gdyby w tym roku do drzwi rozległ się dzwonek, a w progu stanęli niezapowiedziani, dawno nie widziani krewni? Tylko bez paniki. Przecież kiedyś w Święta tak właśnie bywało.
Tylko jak to się udawało, by w czteropokojowym mieszkaniu w kamienicy ugościć 26 osób (byle liczba przy stole pozostała parzysta!)? Najwyraźniej magia Świąt zwiększała pojemność nie tylko brzuchów, ale także metraże. Krzesła pożyczało się od sąsiadów, którym przy okazji składano serdeczne życzenia, całowano trzy razy w policzek i umawiano na wspólne wyjście na Pasterkę na Wawel.
Stół z pomocą krzepkiego wujka rozsuwał się z charakterystycznym zgrzytem. Środkowa część zawsze miała ten lekko ciemniejszy odcień i połysk dawnej nowości. Jeszcze tylko sianko na blat i już zaraz wszystko znikało pod opadającym miękko, śnieżnobiałym obrusem, kiedy za oknem równie cicho wirowały śnieżynki. Przy stole mieścili się wszyscy, ramię w ramię, przez co co chwila ktoś obejmował sąsiada.
Serca same rosły na widok krewnych i bliskich, którzy z tej okazji ściągali nie raz z najdalszych części świata. Przywozili nie tyle prezenty (np. mandarynki), co opowieści, anegdoty, żarty. I stawaliśmy się sobie bliżsi, z każdym słowem, kolędą, uśmiechem, docinkiem i komplementem, że barszcz wyszedł nawet lepszy, niż babciny (a przecież to najwyższa poprzeczka!).
Goście nigdzie się nie spieszyli, zostawali na noc, nie gardząc improwizowaną piżamą, ani posłaniem w wannie pod kocem. A niektórzy zawczasu rezerwowali sobie najlepsze miejsce: na dywanie pod choinką, przepychając się ze zwiniętymi tam w kłębek dziećmi i kotem. Chociaż u tych, u których w domu mieszkał kot typu bańkopacacz lub drzewkoskoczek, można było zobaczyć tradycyjną, krakowską dekorację – podłaźniczkę. Wysokie, kamieniczne stropy pozwalają cieszyć się tą wersją bożonarodzeniowego drzewka, a kotu pozostaje zadzierać głowę i się odgrażać.

ISTNA SZOPKA!
Obowiązkowe zadanie na ocenę z ZPT lub ogólnoszkolny konkurs. Wtedy nad szopką pracowała oczywiście cała ambitna rodzina. Angażowano nie raz i dalszych krewnych, a nawet sąsiadów. Rozrysowywano plany techniczne, po całym mieście w sklepach zabawkowych szukano wielbłąda, by znaleźć go w Pewexie w Forum lub awaryjnie od handlarzy pod Halą Targową, którzy zawsze mieli wszystko, co potrzeba. Cóż, że dromader był mniejszy od baranka lub sięgał głową ponad betlejemską gwiazdę ze złotek z Ferrero Roche, zbieranych specjalnie na tę okazję? Wielbłąd musiał być. Niektórzy mieli takie, wystrugane w lipowym drewnie przez zdolnego dziadka. A inni dorabiali z plasteliny garba konikowi albo żyrafie. Gdy tylko inwencję pozostawiano najmłodszym, w szopce pojawiała się gromada kolekcjonerskich figurek z jajek niespodzianek. A nawet i zestresowany chomik, przemycony do szkoły. Bo jak wiadomo, żywa szopka to jest dopiero atrakcja!
Nie ma się co dziwić, skoro źródłem nieustających inspiracji były zawsze słynne, franciszkańskie Żywe Szopki i wystawy w Rynku, a potem w Pałacu Krzysztofory. Każdy do dziś potrafi rozpoznać kanon Starego Michała z Krowodrzy – mistrza szopek z XIX wieku, z zawodu kaflarza i murarza. Kopuły, krużganki, bogate wieże. Nic dziwnego, że wiele małych dziewczynek naoglądawszy się szopek, wyglądających jak zamki i pałace (oświetlone, błyszczące, złocone a nawet ze smokiem w bramie), wzdychało ciężko, znajdując pod choinką”tylko” domek dla lalek.
KARP KRYSTIAN
W okresie przedświątecznym lalki kąpały się nie raz w wannie z olbrzymim karpiem, udając, że są syrenkami. Poza karpiem przez te kilka dni porządnie nie kąpał się nikt inny – pozostawało tylko opłukiwanie się w misce lub umywalce. Komu zdarzyło się w nocy, korzystając z toalety, dostać niemal zawału, zapomniawszy o żywej rybie w wannie? Ile to razy człowiek kucał przy krawędzi i patrzył na tę połyskującą złotawo grubą rybę, a im dłużej się z nią mieszkało, tym mniej potem smakował ów karp zatorski w galarecie? Bo jakże to tak, zjeść Karpia Krystiana? Jakoś tak… nieuprzejmie.
Najtrudniejsze zadanie spoczywało na Panu Domu. Bywali tacy, których spoconych, roztrzęsionych i przemoczonych wyprowadzano troskliwie z łazienki, gdzie w wannie nadal pływał żywy karp. Wtedy rękawy sukienki zakasywała babcia, która ze stoickim spokojem zamykała tylko za sobą drzwi, a chwilę potem karp leżał już na marach kuchennego blatu, gotowy do ostatniej podróży.
Tęczowe łuski pani domu łapała na opuszek małego palca i rozdawała domownikom, by wsadzili je na szczęście do portfela.
Choć fanów karpia z roku na rok ubywa, zostanie po nich nie tylko wiele polskich przepisów, co nieco sennych wspomnień, tych najstarszych. Kiedy to po karpia szło się nie do sklepu, targu a nad staw. Nie z wędką, lecz od razu z podbierakiem. Po spuszczeniu wody przez groblę lekko śnięte ryby po prostu wybierano i niesiono do domu, prosto na patelnię.
KRZYWE DRZEWKO
Zdobywanie drzewka na Święta wiąże się z wieloma rodzinnymi anegdotami. Ile to razy patrząc na tegoroczną, idealną jodłę padają wspomnienia: „A pamiętacie tego wiechecia, którego przywiózł ojciec?”.
Teraz, zapobiegliwie i po prostu chcąc przedłużyć cudowny czas świątecznej atmosfery, choinki pojawiają się w domach nie rzadko już 1 grudnia. Trudno uwierzyć, że kiedyś drzewko wtargiwano do salonu niemal w ostatniej chwili. Na kuchence parował barszcz i kapusta, niebo już już miało rozbłysnąć tą pierwszą gwiazdką, a taty ani drzewka ani widu ani słychu. I wtedy zgrzytał klucz w zamku, a mama mocniej chwytała za łyżkę, którą mieszała grzybową. Hałasy i szamotanina w przedpokoju zwiastowały, że drzewko nie podda się bez walki. Czasem ofiarą padał wieszak z płaszczami. A kiedy w progu pokoju stawał zssapany, zarumieniony rodzic dumnie prezentując iglastą zdobycz, wszyscy rzucali zajęcia, by oglądać, ustawiać i dyskutować nad tegoroczną królową salonu. Jakie słowa najczęściej padały?
- „Ale krzywa”
- „Przekręćmy tym łysym do ściany, nie będzie widać”
- „Gęściejszych nie było?”
- „Mówiłam ci, żebyś wybrał z jednym czubkiem na szpic, a tu jakieś bocianie gniazdo!”
- „Szkoda, że jodeł już nie było, świerk to się zaraz osypie, ty będziesz to zamiatał”.
- I choć zawsze było trochę narzekania, to każdemu błyszczały radośnie oczy.
Czasem po drzewko jechało się całą rodziną (choćby po to, żeby uniknąć krzywych, łysych i z bocianimi gniazdami). Mimo mrozu toczono długie narady, policzki szczypały, ale trzeba było wybrać tę najpiękniejszą. A potem w aucie pachniało lasem, znacznie ładniej niż „tannenbaum”, huśtający się na lusterku. Ktoś wspominał, jak to po drzewko jechało się kiedyś na targ na Rynek, ktoś przelicytował jeszcze dawniejszym wspomnieniem, jak po jodłę szło się z siekierą do lasu, a potem wiozło ją na saniach.
Zgodność, co do faktu, że drzewko ma być żywe, stawało czasem w opozycji do preekologicznej cioci, która olbrzymią, zdobioną białym brokatem choinkę przywiozła aż z Ameryki. Składanie jej pozostawiano krewnemu z wykształceniem technicznym, szczególnie, gdy konstrukcja miała wbudowane oświetlenie i opcję wygrywania chwytliwych melodii. A brak leśnego aromatu? Szybko nadrabiano, wieszając wśród baniek odświeżacz łazienkowy Green Forest…
Wspomnienia bożonarodzeniowych drzewek zamieniły się w niemały las. Nieraz dosłownie. Po sztucznych i ciętych drzewkach przyszedł czas jodeł w donicach. Może i nie sięgały sufitu, ale za to po Świętach wracały pod gołe niebo, a wiosną sadziliśmy je do gruntu. I teraz, po latach, spacerując po ogrodzie patrzymy, jak nasze wspomnienia urosły, zgęstniały, a zamiast baniek zdobią je szyszki, sikorki i wiewiórka.
