To bardzo ciekawe, jak w stosunkowo krótkim czasie termin „miejska dżungla” diametralnie zmienił swoje znaczenie, konotacje, a nawet wydźwięk. Kiedyś w miejskiej dżungli traciło się portfel, zęba i psychiczne zdrowie. Rozsądny człowiek jej unikał, jeśli mógł. A teraz? Teraz każdy miejską dżunglę chce mieć we własnym domu…

MIEJSKA DŻUNGLA KIEDYŚ

Określenie „miejska dżungla” jest stosunkowo stare. Przywędrowało ze Stanów Zjednoczonych Ameryki. W Europie też je znamy. Jeszcze 15-20 lat temu stosowano je dosyć często w odniesieniu do:

miasta jako całokształtu, dla którego synonimem było cyniczne określenie: „betonowa dżungla” (dla pełnej ścisłości termin concrete jungle ukuto dla Nowego Jorku, gdzie zieleń miejską zredukowano do minimum). Zamiast drzew rosną tu gęsto budynki, a zamiast dzikiej zwierzyny grasują… „mieszczuchy”. Wielkie miasto bowiem postrzegane było jako opozycja do sielskich prowincji, gdzie każdy każdego znał, wspierał, ratował. W oczach zlęknionych rodziców, którego dziecko wyruszało na podbój miasta, jawiło się jako miejsce niebezpieczne, nieprzyjazne, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem. Środowisko zmuszające do ciągłego, niezdrowego konkurowania, gdzie przeżycie warunkowane było niekończącą się i brutalną walką o byt.

dzielnic miasta, szczególnie niebezpiecznych. Były to najczęściej dzielnice ubogie, gdzie zza kiosku wyskakiwała na przechodnia grupa młodocianych osobników, zbrojnych w maczety… Lecz miejska dżungla ma swoich drapieżników także w dzielnicach tzw. dobrych. Tam z kolei niebezpieczeństwo jest inne, przyczajone i zawoalowane, a przez to jeszcze niebezpieczniejsze, bo nieoczekiwane. Ach, miasto, miasto. Samo zło :)

Z czasem jednak to literackie określenie straciło na pejoratywnym znaczeniu. Miasto stało się niemal synonimem komfortu i łatwości życia. Dzielnice „dżunglowe” stają się powoli „hipsterskie”, a ich lokalny koloryt traktujemy z przymrużeniem oka, bowiem nadają im jakiegoś specyficznego autentyzmu. Zmianie uległo też zastosowanie terminu „miejska dżungla”. Oczywiście w samych przyjemnych konotacjach :)

Byłoby wspaniale, gdyby miejska dżungla nie była jedynie płytkim trendem, lecz głęboko korzeniącą się zmianą na lepsze, prawda?

MIEJSKA DŻUNGLA DZIŚ

Przyznać się proszę, czy któryś z Czytelników aby w ogóle nie znał lub zupełnie zapomniał o pierwotnym znaczeniu „miejskiej dżungli”? Nic się nie stało. To całkiem możliwe, mając na uwadze, że ostatnimi czasy „urban jungle” kojarzy się raczej tylko z:

#1 urbanjunglebloggers

Igor Josifovic i Judith de Graaff. To głównie za ich sprawą termin urban jungle zespolił się z trendem na obfitą zieleń we wnętrzach. Roślinne plemię zrzesza, mobilizuje i inspiruje fitomaniaków całego świata do zapełniania bujną roślinnością każdej półki czy parapetu. Monstera, palma i bananowiec stały się niezbędnikiem każdego mieszkania. Wiedza o uprawie roślin doniczkowych rośnie i rozprzestrzenia się równie szybko, co podszyt tropikalnych lasów.

#2 urban jungle interior

Wnętrza botaniczne, zielone, naturalne, boho i eco. Wzorzyste tapety w liście, kwiaty i tukany. Meble z rattanu, bambusa i drewna tekowego. Jutowe dywany, płócienne kotary i hamak pod sufitem. I po co wyruszać w pełne moskitów i węży tropiki, kiedy można otoczyć się piękną, niegroźną wersją dżungli?

#3 miejskie ogrodnictwo

Ogrodnictwo w przeciwieństwie do dżungli jest czymś z założenia uporządkowanym, kontrolowanym i użytecznym. A jednak połączyło się z trendem miejskiej dżungli, jako jeden z aspektów intensywnego zazieleniania terenów zurbanizowanych. Wspólnym mianownikiem jest bowiem idea: im zieleniej, tym lepiej.

Kiedyś niebezpieczna, dziś wywołująca uśmiech na twarzy. Kiedyś postrzegana jako coś strasznego, dziś jako coś potrzebnego, fascynującego, pięknego. Byłoby wspaniale, gdyby miejska dżungla nie była jedynie płytkim trendem, lecz głęboko korzeniącą się zmianą na lepsze, prawda?

Podobne wpisy