Jakim kwiatem jestem? – wywiad z Elizą Miścior 'La Morá’.

Ogród Łobzów: W opisie spektaklu zawarta jest nadzieja, że gdy ciało wytańczy mrok –
zakwitnie. Jakim kwiatem by Pani zakwitła? A może przybrała jednak formę kwitnącego obficie
pnącza lub egzotycznego drzewa?

Eliza Miścior 'La Morá’: Od razu na myśl przyszła mi magnolia — drzewo, które na wiosnę
najpierw rodzi kwiaty, zanim pojawią się liście. Jest w tym coś poruszającego: naga gałąź,
jeszcze uśpiona po zimie, nagle wybucha barwą i delikatnością. Ten kontrast — między
kruchością a siłą życia — bardzo do mnie przemawia. Trochę jak taniec rodzący się z ciszy, z
pustki. Magnolia zakwita, zanim wszystko inne się obudzi — jakby miała do opowiedzenia coś
bardzo pilnego.

Czy nosi Pani w sobie jakieś najdawniejsze, głębokie wspomnienie ogrodu, zapachu, smaku?

EM: Noszę w swojej pamięci dwa takie ogrody. Pierwszy to ogródek mojej babci — pełen róż,
narcyzów, bzu, jaśminu, floksów i goździków. Do dziś pamiętam ich zapachy, kolory, fakturę
płatków pod palcami. I smak lata: świeże maliny i truskawki jedzone prosto z grządki. Drugie
wspomnienie pochodzi z wczesnego dzieciństwa, znane mi bardziej z opowieści, to obraz
pośród wrotyczu i krwawnika, na łąkach pełnych polnych kwiatów, dokąd mama zabierała mnie
na pierwsze spacery. Czuję, że właśnie tam zakiełkowało moje głębokie przywiązanie do natury
i potrzeba wracania do niej w sztuce.

Czy często śni się Pani, że tańczy? Czy budzi się Pani wtedy rano zmęczona, czy też od razu
wstaje roztańczonym krokiem w nowy dzień?

EM: Nie zdarza się to bardzo często, ale jeśli już ten motyw pojawia się w moich snach, to
zazwyczaj jestem na sali prób — układam choreografię albo ćwiczę. Jak to w snach bywa,
wszystko trwa tam bez końca, więc jest to raczej sen o procesie, o nieustannym tworzeniu.

Gdyby miała się Pani wcielić w projektanta ogrodu, jak zaprojektowałaby Pani Ogród Duszy?
Jakie elementy powinny się w nim znaleźć? Studnia czy fontanna? Czy byłby pełen
słonecznego światła czy też roztańczonych cieni?

EM: Miałby zarośnięte, kamienne ścieżki, na których skraju polne kwiaty mieszałyby się ze
szlachetnymi, tworząc dziką, ale harmonijną całość. Pełno w nim byłoby zakamarków, które
odsłaniają się tylko tym, którzy idą powoli i z uważnością. Gdzieś w cieniu szemrze małe
źródełko, z którego nieustannie wypływa woda, a pośrodku – studnia, głęboka i cicha,
skrywająca wszystkie emocje. Pnącza oplatają pergole, a wyższe drzewa rzucają miękki cień. I
jeszcze nocne kwiaty – te, które rozkwitają w mroku i pachną najmocniej, gdy świat wokół
milknie. Taki ogród, w którym można się zgubić… żeby odnaleźć siebie na nowo.

Czy w czasie różnych podróży po świecie trafiła Pani kiedyś na ogród, park a może zagajnik, w
którym poczuła się wyjątkowo obecna, świadoma, którego melodię usłyszała Pani równie
wyraźnie jak śpiew ptaków?

EM: Jest kilka takich miejsc, które zapadły mi w pamięć szczególnie mocno, a wśród nich
ogrody Generalife w Alhambrze – ogród pełen światła i lekkości, jasnofioletowych glicyniii, ale
też głęboko nasycony historią i kulturą, która tam kiedyś istniała. Ogród przy Palacio de las
Dueñas w Sewilli – z jego buganvillą, hibiskusami i tym wiosennym przepychem barw, który
nagle wybucha i równie szybko przemija wraz z nadejściem andaluzyjskiego lata.
 
Obserwując kwiat, na co najbardziej zwraca Pani uwagę? Na jego barwę, kształt czy może
najważniejsze jest jednak to, co dostrzega się po zamknięciu oczu, czyli zapach?

EM: Najpierw przyciąga mnie kolor i kształt. Ale najdłużej w pamięci zostaje zapach — coś,
czego nie da się uchwycić, a w sekundę może nas przenieść do konkretnego wspomnienia.

Które dźwięki Natury najskuteczniej i najmocniej prowokują Panią do tańca?

EM: Chyba najbardziej szum fal. Uwielbiam plażę o każdej porze roku i ten dźwięk wywołuje u
mnie wybuch niepohamowanej, dziecięcej radości. Dźwięk morza ma w sobie coś pierwotnego,
co uruchamia we mnie potrzebę ruchu, tańca, śmiechu.

Jak często zdarza się Pani tańczyć boso na trawie, gdy nikt nie patrzy?

EM: Boso na trawie rzadko, ale gdy nikt nie patrzy bardzo często.

Jak brzmi Pani własna definicja Piękna? Gdzie go Pani poszukuje, w czym dostrzega?

EM: Piękno to dla mnie moment prawdziwej obecności – kiedy coś porusza mnie tak mocno, że
na chwilę wszystko inne przestaje istnieć. Może to być cień liści na ścianie, spojrzenie drugiego
człowieka, albo gest. Piękno nie potrzebuje wyjaśnień – objawia się nagle, jak błysk. Czasem
ukrywa się w tym, co niedoskonałe, przemijające i ciche. Dla mnie piękno to prawda – coś, co
jest szczere i pełne znaczenia, nawet jeśli nieoczywiste na pierwszy rzut oka.

Czy pełniej wyraża się Pani poprzez taniec czy tworzenie linorytów? Czy może tylko pewne
elementy osobowości lub nastroju udaje się zawrzeć raz w jednym a raz w drugim?

EM: Taniec to emocja w ruchu, linoryt to cisza, koncentracja, czas. Każde z nich wydobywa inny
aspekt mnie — taniec jest natychmiastowy, a grafika to opowieść, która dojrzewa w milczeniu.

Jaką drogę ekspresji wybiera Pani, by uwolnić smutek, gniew lub tęsknotę? I która z nich bywa
najskuteczniejsza?

EM: Zawsze twórczą, czy sztuka, czy taniec, czy słowo pisane, czy muzyka… Tam zawsze się
chronię, gdy wzbierają emocje.

Dziękujemy serdecznie za tę urzekającą szczerość i otwartość. Mamy nadzieję, że wywiad ten przybliżył naszym Czytelnikom fascynującą postać, jaką bez wątpienia jest Eliza Miścior 'La Morá’. Lecz z całą pewnością najlepszym sposobem na dowiedzenie się o Niej jeszcze więcej jest zobaczenie na własne oczy, jak tańczy.

Okazja ku temu już : 19, 20, 21 września 2025, godz. 19:00 w czasie magicznych wieczorów flamenco w Ogrodzie Łobzów.

Więcej informacji tutaj.

Zapraszamy!

Podobne wpisy